Bramy Jeruszalajim
Opowieści Janusz Makucha
Brama to temat tegorocznego Festiwalu Kultury Żydowskiej. Nie będziemy jednak mówili o architekturze, o formie, ale o symbolice, znaczeniach i kontekstach, które bramy niosą dla każdego z nas. Zanim zaprosimy Was do festiwalowej wędrówki po bramach – zapraszamy Was na spacer bo bramach Jerozolimy z Januszem Makuchem. Po bramach, które stały sę dla nas inspiracją dla tegorocznej edycji FKŻ.
Co kilka dni będziemy publikowali opowieść o kolejnej bramie – obserwujcie nasze social media (linki poniżej) – tam dowiecie się, kiedy pojawi się kolejna opowieść o kolejnej bramie.
Wstęp
Jego fundament na górach świętych.
Miłuje Pan bramy Syjonu bardziej niż wszystkie siedziby Jakuba.
(…) Wszystkie moje źródła w tobie.
Psalm 87;1-2, 7
Pod Bramą Jafy, skąd zazwyczaj rozpoczyna się zwiedzanie Starego Miasta, grupy wielojęzycznych turystów otaczają przewodników, a gdy uformują już odrębne kręgi, zaklinacz historii pewnym ruchem kręci kołem czasu, gasną światła nad miastem i rozpoczyna się kolejny seans powrotu do przeszłości. Wszystko od tej pory będzie o tym, co było. Fakty, miliony faktów nanizane na nić ludzkiego losu.. Tysiące lat historii. Symbole, archetypy, mity, opowieści z głębi ciemnych dolin, „A oto sarkofag samego króla Dawida” – ( cóż z tego, że w tym sarkofagu spoczywają szczątki jakiegoś templariusza? ) „A to grób Jezusa Chrystusa” – ( a przecież nieopodal znajduje się drugi grób tego samego Jezusa Chrystusa ). Jeruszalajim, „miasto i matka w Izraelu”, cmentarz, gdzie, jak w żadnym innym mieście świata, pokój to – „nienawidzimy ich z całego serca, ale ponieważ nadal żyjemy obok siebie, uśmiechamy się do nich serdecznie” ( zasłyszane na ulicy Cardo Maximus ). Codziennie przechodzę każdą z bram i wiem, że „to, co już było, jest teraz, a co ma być, już było”, bo czas linearny jest tu czystą fikcją, tam, po drugiej stronie bramy czas i miejsca w przestrzeni ulegają – na przemian – zgęszczeniu i rozszerzeniu, a „splątaniu” ulegają wydarzenia tworzące żywą historię miasta. Spotykam wszystkich, którzy przed wiekami tu żyli. I wciąż żyją. Nie mam na myśli, że spotykam ich w myślach, nie chodzi mi o żadną przenośnię. Spotykam ich – by tak rzec – „na żywo”, na ulicy, twarzą w twarz. Żadną miarą nie potrafię tego wytłumaczyć, tak po prostu jest. Nie próbujcie mi wmawiać żadnego „syndromu”, zamieszkajcie w tym kamiennym mieście, a przekonacie się, że mówię prawdę.
Gdy chcesz się z kimś spotkać, umawiasz się w bramie; Czy chcesz, czy nie – w bramie ocierasz się ramieniem o ramię śmiertelnego wroga, wpadasz w objęcia przyjaciół, unikasz wyroku sędziego, kradniesz pitę sprzedawcy akurat pochłoniętemu kłótnią, modlisz się, pochylasz się na żebrakiem, oddajesz hołd królowi, odkrywasz twarz osobie przeznaczonej, uskakujesz spod kół rozpędzonych wózków dostawczych i traktorów z górą śmieci miasta, wahasz się, słuchasz głosu wylękłego serca, skryty w chłodnym cieniu układasz kolejny hołd dla wieczności, co znamienne, żyjąc tu nie przywiązujesz się do dat, historii – sam jesteś historią – nie zwracasz uwagi na architekturę – jesteś jedną z bram – masz spracowane ręce, czujny wzrok, pistolet za paskiem, żyjesz tu chwilę zaledwie i nieskończenie umierasz.
Wiele z tego, co robi i co nazywa człowiek, w rzeczywistości znaczy coś zupełnie innego. Sami z własnej woli godzimy się na semantyczne kłamstwo. Mówimy „Jerozolima – miasto pokoju”, podczas gdy Jeruszalajim jest klasycznym przykładem miasta, w którym – z trudnymi do uchwycenia momentami – pokoju nigdy nie było. Mówimy tak nieświadomi lub przeciwnie – świadomi, że słowo „pokój” nie ma prawa odnosić się do rzeczywistości tu i teraz, bo ta przeczy mu z całym swoim odwiecznym okrucieństwem. Jest utopią w którą – to prawda – o wiele łatwiej uwierzyć, niż zaakceptować bolesną rzeczywistość, której spoiwem jest chciwość, nienawiść i śmierć. Jedynie człowiek zabija w imię urojonych idei i religii. Nie ma na świecie – i nigdy nie było/będzie – miasta jak to, w którym z powodu wiary w wyłączność łaski, na spłachetku kamienia mniejszym, niż jeden kilometr kwadratowy, armie bożych paladynów nieprzerwanie składają samych siebie i swoje rodziny w krwawej ofierze zbawienia.
Ale z drugiej strony rzeczywistość jest jedynym parametrem czasu, w którym żyjemy i pomimo piękna metafor przywołujących ducha czasów minionych lub ostatecznych, innej rzeczywistości nie mamy. I nie będziemy mieć.
Opisując poszczególne „bramy” niejednokrotnie sięgam do metafor, dzięki którym łatwiej zgłębić bogatą symbolikę tego słowa. Pomijam wiedzę, którą jednym kliknięciem można wydobyć z komputera. Daty, fakty, etc. – o to pytajcie CHAT GPT. Na przykład – że słowo „brama”/”sha’ar” pojawia się w Biblii 368 razy. Tam jest (prawie, prawie…) wszystko, co da się zamieść z powierzchni wydarzeń. Wybierając „bramę”, jako myśl przewodnią Festiwalu traktuję ją jako metaforę naszego festiwalowego Domu, a docelowo – dla samego siebie – przejścia pomiędzy jednym, a drugim wymiarem rzeczywistości. Między jednym, a drugim kątem pokoju. Między – zawsze pomiędzy.
Jako jeden z tych, który powołał do życia i wciąż tworzy Festiwal, mierzę się bowiem z czasem, który boleśnie mnie rani. Przez wiele lat zafascynowany byłem metaforą „mostu”. Most spotkań, most wzajemnego szacunku, zrozumienia, pojednania okazał się jednak konstrukcją nietrwałą, o zaniżonej nośności, z upływem czasu i zmianą pokoleń jego przęsła pękły, chwieje się i tylko patrzeć, jak lada chwila runie w ciemną otchłań.
Nie zmierzam w stronę nieosiągalnego. Nie widzę na „moście” nikogo, kogo chciałbym spotkać, by ponad rzeką Historii dyskutować jałowo o nieistniejącej przeszłości czy przyszłości. Wolę pozorną przypadkowość spotkań w „bramie” – spotkań pełnych czułości lub niechęci, ale zawsze prawdziwych. Te spotkania niczego nie zakładają, nie dążą do pojednania, nie realizują żadnych wzniosłych i pustych idei – one po prostu są. W całej swej spontaniczności, nieprzewidywalności i prawdzie – są. I może dopiero z nich zrodzi się coś, wartość wspólna, która metaforze „brama” nada bliskie, realne znaczenie. Nie wiem.
Brama Damasceńska
Nie zakryję przed nimi mojego oblicza,
ponieważ wylałem mojego ducha na dom izraelski
mówi Wszechmocny Pan
Ks. Ezechiela 39;29
W Jeruszalajim bardzo często nie sposób odróżnić prawdy od mitu. Dzięki fenomenalnie rozwiniętej technologii możemy dziś bacznie śledzić losy świata. Ba.., możemy być niemal wszędzie i o wszystkim mieć własną opinię. Czy oby na pewno? Przykład; już ponad cztery lata trwa wojna rozpętana przez Rosję z Ukrainą. Mamy dostęp do informacji i wciąż wiemy tyle, ile przeczytamy tu i ówdzie. Wojna z Iranem mająca trwać tyle, co obrót Ziemi wokół Słońca trwa już ponad miesiąc i wciąż nic nie wiemy.
U podstaw wszelkiej dezinformacji leży strategiczne kłamstwo. Masz uwierzyć w to, w co chcę, abyś uwierzył. Chaos informacyjny jest potężny, więc wygodniej jest przyjąć za własną podsuniętą odpowiedź, niż samemu dochodzić prawdy. Mechanizm kłamstwa działa nie dlatego, że jest tak doskonały. Działa, ponieważ w jego program wpisana jest ludzka głupota i gotowość poddania się manipulacji. Ta głupota jest nieszczęśliwie sprzęgnięta z niezachwianym poczuciem własnej wartości, co sprawia, że kłamstwo raz połknięte i na czas niewyplute rozpuszcza się w intelektualnym i etycznym ekosystemie człowieka i błyskawicznie tężeje w postać zwaną „dogmą”. Ta zaś jest już nie do ruszenia.
Mieszkam jakieś 200 metrów od Bramy Damasceńskiej, więc przechodzę przez nią codziennie. Kilka razy dziennie. Za dnia i w nocy. Z kawą w papierowym kubku siadam na rozłożystych, amfiteatralnych schodach i oglądam fascynujący film dokumentalny, który o każdej porze dnia i nocy jest wyświetlany na ekranie monumentalnej Bramy Damasceńskiej. To jest film o dziejach ludzi w tym Mieście, czyli o niekończącej się wojnie. Czasami zdarza się – choć niezwykle rzadko – że w światło projektora zaplącze się biały gołąbek i przerażony trzepocze skrzydłami. Na całe szczęście w oknie nad portalem zawsze czuwa snajper, słychać suchy trzask i po chwili wszyscy oddychamy z ulgą śledząc dalsze losy naszych bohaterów.
W 132 roku wspólnej ery, pod wodzą Bar Kochby wybuchło powstanie, krwawo stłumione przez cesarza Hadriana w roku 135. To był przełomowy, tragiczny moment w historii Jeruszalajim i Narodu Żydowskiego.
W skrócie – Jeruszalajim została niemal całkowicie zrównana z ziemią, zaś Wzgórze Świątynne zaorane. Rzymianie zbudowali całkowicie inne miasto ściśle podporządkowane własnym planom architektonicznym. Miasto z czasów II Świątyni i Jezusa praktycznie przestało istnieć. Jeżeli dzisiejszy pielgrzym/turysta sądzi, że podąża dokładnie śladami Jezusa, to jest w błędzie.
Powiadają źródła, że cesarz Hadrian był dobrym człowiekiem – inteligentnym, wykształconym, miłującym sztukę, filozofem nieskorym do podbojów, budowniczym…, słowem cesarz Hadrian był dobrym i mądrym człowiekiem. Zatem dlaczego Hadrian zburzył Jeruszalajim, dlaczego dokonał poniżającej „ceremonii orki” na Wzgórzu Świątynnym, po czym w miejscu Świątyni wzniósł pogańską świątynię poświęconą Jupiterowi Kapitolińskiemu, dlaczego wydał wyrok śmierci na każdego Żyda, który ośmieliłby się wejść w bramy miasta? I – w końcu! – dlaczego Hadrian w akcie zemsty za powstanie wymordował blisko pół miliona Żydów Judei, a pozostałych przy życiu „ukarał” wymazując słowo „Judea” , na jej miejsce wprowadził pojęcie „Palestyna” wywodzące się od śmiertelnych wrogów Izraelitów, czyli Filistynów? Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości „dlaczego”? Żeby po Żydach choćby najmniejszy ślad, choćby wspomnienie tego śladu żeby nie pozostało na ziemi. Żeby przestali istnieć i było tak, jak gdyby nigdy nie istnieli. Żeby judaizm spłonął i zamienił się w popiół, z którego już nic nie powstanie.
Uczono mnie zawsze, że jedynie liczby nie kłamią. Zanim na ekranie szeroko rozpostartym na fasadzie Bramy Damasceńskiej pojawią się końcowe napisy, warto zapamiętać kilka liczb, tym bardziej, że pojawiają się na kilka sekund, jakby z założenia, aby nikt ich nie zapamiętał:
Obecnie, na świecie żyje ok. 8,3 miliarda ludzi. W tym ponad 2 miliardy muzułmanów, 2,3 miliarda chrześcijan, 1,17 miliarda hinduistów oraz ponad 25 milionów sikhów. I… około 15,7 milionów Żydów (sic!). Stanowi to 0,2% całej populacji świata. Statystycznie więc Żydzi stoją w obliczy egzystencjalnego zagrożenia. Szczególnie, że tzw. „świat” robi wszystko, aby ich unicestwić. Na próżno.
Dopóki istnieje „antysemityzm ludzi dobrych i łagodnych” (ci, którzy nie czytali wykładu Tadeusza Mazowieckiego z roku 1960, niech to zrobią i przemyślą), dopóty duch Hamana, Hadriana, Hitlera, Chomeiniego i innych piewców Zagłady Narodu Żydowskiego będzie się unosił bezkarnie nad bramami jednego z ostatnich bastionów wolności i demokracji – Izraelem.
Na gruzach Jeruszalajim, na wewnętrznym dziedzińcu dawnej bramy rzymskiej, która na kształt łuku triumfalnego wznosiła się na miejscu dzisiejszej Bramy Damasceńskiej – bramy, do budowy której użyto kamieni ze Świątyni Heroda – w nowo wybudowanym, rzymskim mieście Aelia Capitolina cesarz Hadrian postawił kolumnę z własnym posągiem na szczycie, górującą nad miastem na znak wiecznej i nieprzemijającej potęgi Impreium Rzymu.
Nie ma już Imperium Rzymu. Nie ma już cesarzy i ich niezliczonych bogów. Fragmenty rozbitej kolumny, podobnie, jak kamienie ze świątyni Jupitera zużyli inni „zdobywcy” Miasta, wznosząc na ruinach poprzednich nowe świątynie i kolumny. Z czasem i oni przeminęli, pozostawiając po sobie wspomnienie i ślady w kamieniu. Wielu wykształconych i „dobrych i łagodnych” szło śladami Hadriana – mordowali, gwałcili, palili żywcem, wiatr rozsiewał popiół, a na końcu sami obracali się w popiół, podczas gdy Żydzi przetrwali. Nie tylko przetrwali, ale powrócili do swojej ojczyzny, do Jeruszalajim, zjednoczyli ją i przywrócili status odwiecznej stolicy Izraela.
Pod Bramą Damasceńską myślę o tym, że nie ma najmniejszego znaczenia, co powie i jak dzisiaj i jutro zareaguje wobec Izraela tzw. „świat”, który zapewne odetchnąłby z ulgą na wieść, że Żydów już nie ma. W ostatecznym rozrachunku Izrael może liczyć wyłącznie na siebie.
Brama „świątyni wyznawców kultu martwych Żydów” stoi szeroko otwarta. Po 7 października 2023 roku wchodzą przez nią miliony ludzi „dobrych i łagodnych”. Nikt ich nie zmusza, nikt im nie grozi. Nienawiść do Żydów uświęca ich wolny wybór. Są pewni, że mają czyste sumienia.