Bramy Jeruszalajim
Opowieści Janusz Makucha
Brama to temat tegorocznego Festiwalu Kultury Żydowskiej. Nie będziemy jednak mówili o architekturze, o formie, ale o symbolice, znaczeniach i kontekstach, które bramy niosą dla każdego z nas. Zanim zaprosimy Was do festiwalowej wędrówki po bramach – zapraszamy Was na spacer bo bramach Jerozolimy z Januszem Makuchem. Po bramach, które stały sę dla nas inspiracją dla tegorocznej edycji FKŻ.
Co kilka dni będziemy publikowali opowieść o kolejnej bramie – obserwujcie nasze social media (linki u dołu tej strony) – tam dowiecie się, kiedy pojawi się kolejna opowieść o kolejnej bramie.
Brama Miłosierdzia – Sha’ar Ha’Rachamim
Brama ta będzie zamknięta. Nie będzie otwarta.
Nikt nie będzie przez nią wchodził, gdyż Pan, Bóg Izraela wszedł przez nią.
Ks. Ezechiela 44;2
To najstarsza brama Miasta. Biblijna. Mesjańska. Piękna. Złota. Najbliższa miejscu, w którym Abraham miał ofiarować syna swego, Izaaka, i gdzie niegdyś, w Ha’Kodesz ha’Kodaszim/Swiętym Świętych Świątyni Salomona przez ponad 400 lat spoczywała Arka Przymierza.
Dla mnie – miejsce styczne pomiędzy niebem i ziemią. Główne wejście do niebiańskiej Jeruszalajim. Wyłącznie przez lewy, południowy łuk skruchy. Tą bramą Szechina – Obecność Boża opuściła Wzgórze Świątynne w roku 70 i tą bramą powróci na swój umiłowany Syjon. Następnego roku w Jeruszalajim! – modlą się Żydzi. Przyjdź królestwo Twoje! – modlą się chrześcijanie. Na osi niekończących się proroctw, pomiędzy Bramą Miłosierdzia, a szczytem Góry Oliwnej rozpościera się niewidoczna scena, gdzie we właściwym czasie rozegra się ostatni akt mizernej historii ludzkości: Sąd Ostateczny.
W tym mieście umiejętność czytania kamieni ma wartość bezcenną. Brama Miłosierdzia to kamienna księga/sefer, w której czas wyrył od wewnątrz niezliczoną ilość warstw traktatu o miłości i śmierci, wojnie i pokoju, nadziei i rozpaczy, religii i wierze, prawdzie i kłamstwu. Jeśli chcesz poznać tę historię, zapomnij o Chat GPT. Zacznij kopać w poszukiwaniu źródła.
Dzisiaj, ze względu na newralgiczne położenie nieopodal sanktuarium Kopuły na Skale, z nakazu islamskiego Waqf, czyli organizacji nadzorującej stan rzeczy na Wzgórzu, wszelkie prace archeologiczne w tym miejscu są ściśle zabronione. Aby wejść do środka od strony Har Ha’Bayit/ Al Haram asz-Szarif, musisz być wyznawcą islamu. Tak się bowiem składa, że od kilku lat wewnątrz tej niezwykłej bramy funkcjonuje kolejny, szósty już meczet zlokalizowany na Wzgórzu, gdzie do roku 70 wspólnej ery stała jedynie Świątynia Jerozolimska.
Na szczęście znacznie wcześniej kilku archeologom udało się dokonać wystarczającej ilości odkryć, abyśmy dziś mogli powiedzieć: to brama, która wznosi się na fundamentach innej, znacznie starszej bramy o imieniu Sha’ar Shushan Ha’Birah – Brama Stolicy Suzy, czyli Brama Suzyjska. Jak głoszą cztery Ewangelie – to przez nią Jezus Żyd triumfalnie, choć na osiołku, miał wjechać do Jerozolimy albo przez którą po prostu wszedł Żyd Jezus, pełen pokory wobec świętego miejsca.
Ciągnie mnie do tej Bramy. Dosłownie. Za dnia, czasami w środku nocy. Nawet we śnie. Cisza, palące słońce, suchy wiatr i pyłem pustyni przyprószona zieleń. Turystów w zasadzie tu nie ma, może nie znają jej historii, stronią od muzułmańskich grobów lub po prostu się boją? Wschodni mur okalający starą Jerozolimę „strzeże” bowiem najeżony grobami muzułmański cmentarz, założony przez kalifa Omara około połowy VII wieku. Wedle arabskiej tradycji rzecz była przebiegle zmyślna; cmentarz, jako miejsce nieczyste, bo skażone śmiercią, miał skutecznie powstrzymać żydowskiego Mesjasza – potomka króla Dawida, nie boga, lecz człowieka, wojownika i Najwyższego Kapłana, który – według żydowskiej tradycji – wejdzie przez Bramę Miłosierdzia na Wzgórze Świątynne, gdzie na dawnym miejscu ( dzisiejszym Sanktuarium na Skale! ) odbuduje Świątynię, zjednoczy naród żydowski w Ziemi Izraela, zaprowadzi pokój na świecie ogłaszając koniec świata bólu i wojen. Jerozolima stanie się duchową stolicą świata, a wszystkie narody będą szukały u niego rady. Wiadomo zaś powszechnie, że żaden Żyd z rodu kapłanów – nawet sam Mesjasz! – nie może przebywać na cmentarzu, bo stanie się rytualnie nieczysty. Od tamtej pory cmentarz Bab al-Rahma rozrósł się niepomiernie i na kształt kamiennej lawy grobów rozlał się po całym terenie.
( Na marginesie muszę wszak dodać, że zanim nadejdzie ów „prawdziwy” Mesjasz, przyjdzie i rządzić będzie światem „fałszywy, dobry Mesjasz”, oczekując pokłonów, uwielbienia, czci i boskiej chwały. Czyż to się właśnie nie dzieje? )
Pewnej nocy poszedłem pod Bramę Miłosierdzia, aby obserwować wschód słońca zza Góry Oliwnej. Niby widziałem, że czas postępuje, ale przyznam, że upływu czasu nie czułem. Wciąż ukryte słońce powoli rozpalało horyzont czerwoną, z czasem złotą bryzą, aż w końcu wynurzyło się zza grobów Żydów wszystkich wieków, stłoczonych obok siebie w kamiennych kryptach Góry Oliwnej, którzy oddali majątki, by spoczywać tu właśnie, chcą zmartwychwstać jako jedni z pierwszych, więc leżą ich spróchniałe kości i trwożnie czuwają, bo gdy tylko rozlegnie się dźwięk szofaru proroka Eljasza, nadejdzie ten prawdziwy Mesjasz i nastanie era mesjańska, w ten czas wszyscy zmartwychwstaną, tak, właśnie tutaj, w dolinie wyschłych kości, w dolinie Jozafata leżącej poniżej Bramy Miłosierdzia, a Przedwieczny będzie sądził żywych i umarłych, strumień ognia będzie zeń wypływał, oni zaś – Żydzi wszystkich wieków, są najbliżej, tuż przed progiem Bramy, czekali tak długo, że na pewno dostąpią wiecznego zbawienia, i „wśród grzmotów, wstrząsów i wielkiego huku, wichru, burzy i płomieni trawiącego ognia” (Iz. 29;6) pójdą za Mesjaszem, wejdą za nim przez łuk skruchy lśniącej złotem bramy, która już na zawsze pozostanie otwarta. I nie powstrzyma ich fakt, że oni, potomkowie ojca, Abrahama będą zmuszeni przejść przez groby swych muzułmańskich braci, potomków tegoż samego ojca, Abrahama – bracia (?) skazani na wzajemną nienawiść aż po kres czasu, który właśnie nastaje.
Brama Miłosierdzia jest jedyną, zamurowaną na wieki wieków bramą. Niedostępną od 1541 roku. Kamień na kamieniu, człowiek go nie ruszy. I kto wie.., może ta niedostępność, wypełniająca ją tajemnica, ukryte pod progiem źródło nieznanej grawitacji sprawia, że zniewalająco, usilnie ciągnie mnie do niej.
Idę tam nocą, siadam jak najbliżej jednego z dwóch łuków – czasami wybieram łuk skruchy, czasami łuk miłosierdzia.. otwieram Księgę Tehilim i czekam.., choć przyznam od razu, że nie na Mesjasza, ani na kres czasu.., bo mimo wszystko wciąż jestem ciekawy, jak się potoczą losy tego świata. Mistyka zwykłego życia o niebo jest mi bliższa, niźli życie wieczne.
Bo w Jeruszalajim wieczność życia otacza mnie zewsząd. Gdy po tamtej nocy nastawał świt, jaśniały żydowskie groby na Górze Oliwnej, jaśniały muzułmańskie groby na wschodnim stoku Doliny Cedronu i pierwsze promienie słońca przenikały potężne kamienie, nagle od strony Bramy Lwów usłyszałem dziwny dźwięk, jakby szurgot żwiru. Wzdłuż drogi dzielącej cmentarz na dwie części, w rozwianym tałesie, z filakteriami na czole i lewym przedramieniu, z modlitewnikiem przed oczami w prawej ręce biegł starszy, ortodoksyjny Żyd. Z daleka wyglądał jak ptak spłoszony o świcie. Co za obraz…, więc zszedłem pośpiesznie w dół ścieżką wśród grobów żeby mu się lepiej przyjrzeć.
Mężczyzna najwyraźniej mnie nie widział, bo biegł wprost na mnie. Twarz przesłaniał mu siddur. Nie mogłem pojąć jak on to robi, bo biegł naprawdę szybko i choć nie patrzył na drogę, to nie potykał się i nie zbaczał z niej nawet na centymetr.
Szalom! – zawołałem głośno. Na dźwięk tego słowa stanął w miejscu jak kamień i – podobnie jak ja na niego – spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Uvrachah – odpowiedział zdyszany. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Zastygły w kadrze ulotnej chwili świtu, otulony białym tałesem wyglądał jak przybysz z innego świata. Stał nieporuszony i czekał. A ja nagle poczułem grubiańską niezręczność – co też strzeliło mi do głowy, aby mu stanąć na drodze?!
Achi – zapytałem łagodnie – przepraszam cię .., ale dokąd biegniesz? Przecież tu jest muzułmański cmentarz.
Patrzył na mnie oczami wyrwanego ze snu.., miałem wrażenie, że mnie nie rozumie, jednak po chwili uśmiechnął się, wskazał modlitewnikiem na Bramę Miłosierdzia i powiedział: Do Świątyni.
I nie zatrzymywany przez nikogo pobiegł dalej.
Siedziałem kiedyś z moim przyjacielem, Boazem Pashem – byłym Naczelnym Rabinem Krakowa – w jednej z kawiarenek Jerozolimy nieopodal Twierdzy Dawida. To było przed 7 października 2023 roku więc turyści piętrzyli się wokół nas falami i przez ulice przetaczał się zgiełk.
W pewnym momencie rabin Pash pochylił się ku mnie i powiedział: A wiesz.., ja się urodziłem w Jeruszalajim, ale jak już umrę, to chciałbym być pochowany w Krakowie. Zgiełk ulicy zamarł. I usłyszałem: A ty?
Brama Heroda
Oddawajcie Panu, synowie Boży, oddawajcie Panu chwałę i cześć.
Oddawajcie Panu cześć Jego imienia, kłaniajcie się Panu obleczeni w świętość.
Psalm 29;1-2
Ta brama ma też wiele innych nazw, wśród nich Brama Owiec ( już od czasów Nehemiasza raz w tygodniu odbywał się tutaj targ owiec, Brama Kwiatów (choć powinno być raczej Brama Wskrzeszenia, Przebudzenia ), Brama św. Szczepana ( jako że w pewnym czasie uznano, że to tutaj ukamieniowano św. Szczepana). I tak dalej.
Ta brama jest moim schronieniem. Przez dłuższy czas nie zdawałem sobie sprawy, jak potężna tradycja przenika na wskroś tutejsze mury, co skrywają budynki osadzone tuż za nią, czułem jedynie, że przekraczając jej próg, niespodziewanie ogarnia mnie błogi spokój. Tak, jakbym całą drogę od Bramy Damasceńskiej aż tutaj dźwigał na plecach wór z kamieniami, aż strażnik przy Bramie Przebudzenia zastąpił mi drogę mówiąc: „Jeśli chcesz wejść tędy – ciężar zostaw na zewnątrz”.
Wracam tu o różnych porach, choć nigdy w piątek przed i po południu. Przez Bramę Owiec przechodzą bowiem wówczas muzułmanie na swoją najważniejszą, co piątkową modlitwę w meczecie Al Aksa. Niekończący się, zwarty tłum tysięcy mężczyzn, z których niemal każdy ma przewieszony na ramieniu dywanik modlitewny – sajjada i „różaniec” – misbaha w dłoni. Uderza mnie ich milczenie. Jeden po drugim wchodzą i znikają w wąskim przesmyku bramy. Przychodzę tu w inne dni, mijam stoisko z owocami i warzywami, skręcam w lewo i po kilkudziesięciu krokach jestem na miejscu – w starej, autentycznej, przesiąkniętej oparami tytoniu kawiarni, pamietającej zapewne czasy Mameluków. Witam się z Mahmudem i siadam na zewnątrz pośród starszych, palących mężczyzn. Niektórzy mnie znają, niektórzy widzą po raz pierwszy, więc przez chwilę taksują mnie zaciekawionym spojrzeniem, po czym wracają do rozmów. I tylko czasami zapyta któryś: „Where you come from?” , a kiedy rozwiewam wątpliwości, że nie z Ameryki, przyjaźnie kiwają głowami i wracają do swoich rozmów. Po chwili Mahmud stawia przede mną metalową tacę ze szklankami świeżo zaparzonej kawy z kardamonem i wody. Przyglądam się ulicy. Turyści są tu rzadkością. Boją się najwidoczniej, wszak to północno-wschodni, ściśle muzułmański „zaułek” Starego Miasta. Mało kto słyszał tu o miejscach świętych i – w przeciwieństwie do okolic Bramy Damasceńskiej – nie uświadczysz tu ani jednego żołnierza, czy policjanta, przy którym się czujesz bezpieczniej.
Dziewczynki w identycznych mundurkach wracają ze szkoły do domu, pośpiesznie przechodzą mężczyźni z zawiniątkami w czarnych reklamówkach i dla odmiany wolno stąpają starsze Arabki obładowane torbami pełnymi owoców, warzyw i mięsa. Dobrze mi tu. Z dala od zgiełku Bramy Damasceńskiej, pokrzykiwania sprzedawców, mieszających się tłumów, doświadczam chwili błogości i myślę o tym, jak niewiele zmieniło się tu od schyłku XIX wieku, gdy byłem tu po raz ostatni, dokładnie w tamtej chwili, kiedy w białym mundurze ze złotymi epoletami i białą peleryną zarzuconą na ramiona, na białym koniu, którego sierść lśniła w słońcu jak srebro, wraz ze swoją świtą zbliżał się majestatycznie do udekorowanej triumfalnie Bramy Jafy cesarz Wilhelm II, ja wówczas patrzyłem w zamyśleniu, jak Mahmud stawia przede mną na niskim krzesełku mosiężną tacę ze szklankami kawy z kardamonem i wodą, odchodzi na moment, po czym wraca z nargilą, wyjmuje z paleniska rozżarzone węgielki i układa je na cybuchu, ja zaś wdycham głęboko dym w płuca i zapominam o władcach, rzeziach, potokach krwi płynącej ulicami i o śmierci wszechobecnej w tym Mieście.
Dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że moja – jak ją nazywam naiwnie – „błogość” ma jeszcze jedno źródło. Skryte głęboko w mistycznej tradycji Islamu, jak każde źródło wymaga pochylenia się, by móc z niego czerpać. To sufizm. Wkrótce dowiedziałem się, że piję kawę obok miejsca, które od 800 lat jest celem pielgrzymek Hindusów, wyznawców sufizmu i sikhowie nie tylko z Indii, ale z całego świata.
2 października 1187 roku sułtan Salladyn zdobył Jerozolimę, kończąc w ten sposób 88-letni okres panowania Krzyżowców w Mieście. Niewiele później, w roku 1200 przez jedną z bram wkroczył do Jerozolimy indyjski derwisz – suficki mistyk czczony przez wszystkie wyznania. Był to Hazrat Farid ud-Din Ganj Shakar znany powszechnie jako Baba Farid. Całe życie mistyka, kaznodziei i poety było świadectwem pokory i miłości zakorzenionej w bezkompromisowym oddaniu Bogu. Mądrość jego nauk, łagodność z jaką nauczał i poetycki, wzniosły język sprawiły, że zyskał przydomek – „Słodki Skarb”. Jest jednym z najwybitniejszych mędrców i poetów sufizmu czczonym także przez wyznawców sikhizmu.
Baba Farid zatrzymał się gdzieś tutaj, nieopodal Bramy Heroda. Najpierw pościł w odosobnieniu przez 40 dni, stworzył duchową oazę, nauczał, spotykał się z ludźmi, którzy lgnęli do niego, żył i dawał innym przykład, jak nie ulegać złudnemu urokowi świata materialnego, by w całkowitym skupieniu osiągnąć oświecenie i roztopić się w miłości do Boga. Nikt nie wie, jak długo pozostał w Jerozolimie, zanim powrócił do Pendżabu. Pozostawił po sobie żywe, nieprzemijające wspomnienie, dlatego każdy muzułmanin z Indii, który przejeżdżał przez Jerozolimę w drodze do Mekki zatrzymywał się w miejscu, gdzie przebywał Baba Farid. W tym owianym legendą miejscu zwanym zawiyah, 800 lat temu objawił się duch Indii – wzniesiono piękny dom, który stoi tu po dziś dzień. To Al Hindi Seraj – Hospicjum Indyjskie dla muzułmańskich pielgrzymów z Indii, położone tuż za Bramą Heroda przy uliczce al-Zawiyah al-Hindiyyah.
Ziarno miłości i nauki zasiane przez Baba Farida w kamiennej glebie Jeruszalajim zaczęło szybko kiełkować. W XVII wieku w murach Starej Jeruszalajim działało 7o osobnych lóż sufickich, a Jerozolima stała się swoistą „Mekką derwiszy”.
Pijąc kawę w cieniu Hospicjum Indyjskiego, po raz nie wiem który przestrzegam sam siebie, by nie traktować mediów jako bezspornej wyroczni. Pomijam, że już prawie nie ma obiektywnego dziennikarstwa. Zmierzam do tego, że w tym mieście nieustannych walk i wzajemnej nienawiści pojawiają się „inkarnacje” szejka Baba Farida nawiązujące w swoim nauczaniu i codziennej praktyce do równie nieśmiertelnej, jak nienawiść – idei pokojowego współistnienia. Jedną z takich postaci – ubolewam, że nie dane mi go było poznać – był szejk Abdul Aziz Bukhari. Chcąc napisać o nim musiałbym pisać długo. Nie miejsce tu na to. Załączam więc link i zachęcam, byście sami go poznali.
Chociaż tzw. „główne” media o tym nie mówią – bo kogo obchodzi czynienie dobra? – nie powinniście być zdziwieni, że we współczesnym Izraelu i w samej Jeruszalajim wciąż obecny jest sufizm, a jego nurt przybrał nazwę „El Tarika El Ibrahimiyyah”, czyli „Droga Abrahama”, czyli „Most między religiami Bliskiego Wschodu”. „Ibrahimiyyah” nie jest żadną – uchowaj Boże! – organizacją religijną – nie reprezentuje urzędów, kościołów ani państw. Porównałbym ją raczej do Namiotu Abrahama – tak, taki Namiot stawiamy rokrocznie i my podczas Festiwalu – gdzie spotykają się ze sobą wyznawcy tego samego Boga, dzieci tego samego ojca – Żydzi, Chrześcijanie i Muzułmanie. Nie gdzieś tam pomiędzy „kartkami raportów i modlitw o pokój”, ale między sobą. Nie po to, aby budować statystykę, ale po to, aby budować wzajemny szacunek.
Mahmud bez pytania przynosi mi kolejną kawę i siada obok. Wewnątrz jego podupadającej kawiarni siedzi teraz tylko dwóch starych Arabów. Pochyleni nad stolikiem palą papierosy pochłonięci bez reszty grą w trytraka.
Mahmud częstuje mnie papierosem i podsuwa płonąca zapałkę. Palimy w milczeniu. Patrzę w kierunku Bramy Przebudzenia, gdzie Baba Farida gromadził wokół siebie różnych wyznawców tego samego Boga świadomy, że przecież wszyscy wierzymy w Jednego, zatem cóż z tego, że niejednakowo? Gdy zapada noc, wstaję i kieruję się do wyjścia. W progu pustej o tej porze Bramy Kwiatów czuję kadzidlany dym napływający od strony Hindi Seraj.
Brama Lwów
Stanęły nogi nasze w bramach twoich, Jeruzalem.
Psalm 122;2
Nie jestem osobą religijną w powszechnym znaczeniu, obca mi jest gorliwość ostentacyjnej modlitwy, irytują zewnętrzne oznaki przynależności grupowej, nie zniewala rytuał cotygodniowej obecności w świątyni, nie doszukuję się w życiu powszednim ingerencji sił wyższych, ani nie nadużywam symboli, by tłumaczyć powszechne dzieje ludzkości…, niemniej gdy czytam Psalm 24, który powiada:
Podnieście bramy czoła wasze. Podnieście się, bramy odwieczne, niech wejdzie Król chwały!
Kto jest ten Król chwały? Pan mocny i potężny, Pan potężny w boju.
i myślę o tym, co wydarzyło się rano, 7 czerwca 1967 roku, to czuję, że porządek rzeczy utrwalony w historycznych przekazach wykracza poza naturę wyłącznie sił ludzkich. Przed oczami mam dwa zdjęcia, dwie bramy, bliskie w przestrzeni i odległe w czasie.
Koniec maja 1948 roku, kapitulacja izraelskiej armii w Starym Mieście, nieziszczony sen o zjednoczonej Jeruszalajim, ostatni kadr koszmaru – fala żydowskich uchodźców wypędzana przez Jordańczyków przez Bramę Syjońską. Stłoczeni, wystraszeni ludzie opuszczają swe domy, swoje miasto, umiłowany Syjon, całe dotychczasowe życie, w niewielkich tobołkach dźwigając swój lichy dobytek i strach; niektórzy z niedowierzaniem i trwogą, inni z tęsknotą i bólem patrzą po raz ostatni na spowitą czarnym dymem Dzielnicę Żydowską.
Który to raz w historii skazani są na wygnanie?
Który to raz z nadzieją w sercu, że nadejdzie ten dzień – rok, wiek, kiedykolwiek, ale powrócą do siebie na stałe?
Są poganiani, poniżani, jak ich przodkowie, gdy w 70 roku Rzymianie wygnali ich z miasta, kiedy w 135 roku cesarz Hadrian wygnał ich niemal na zawsze – panuje tu trwożny chaos, ścisk, na twarzach wyraz lęku i smutku, jakiś chłopiec spogląda przez ramię z tęsknotą w oczach, inny podpiera się ręką o niewzruszony mur, jakby chciał za wszelką cenę powstrzymać to, co nieuniknione, dziewczynka odwraca się, kuli jak zraniona i niemo krzyczy lub łka…, pośrodku, górując jak pomnik zwycięzcy, stoi jordański żołnierz, ze spokojem taksując wypędzanych…, jeszcze moment i Brama wchłonie ich wszystkich, niczym ta, nad którą wyryto słowa: „Przeze mnie droga w miasto utrapienia, Przeze mnie droga w wiekuiste męki, Przeze mnie droga w naród zatracenia (…) Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją” (Dante, Boska Komedia, Pieśń Trzecia), po czym – jak już po wielokroć w historii – zamknie się z trzaskiem na długie, nieznośne chwile utraty Syjonu.
Oto błogosławieństwo, jakim Jakub obdarzył swoich synów:
Judo, ciebie sławić będą bracia twoi, twoja bowiem ręka na karku twych wrogów! Synowie twojego ojca będą ci oddawać pokłon!
Judo, młody lwie, na zdobyczy róść będziesz, mój synu:
jak lew czai się, gotuje do skoku, do lwicy podobny – któż się ośmieli go drażnić?
Nie zostanie odjęte berło od Judy ani laska pasterska spośród kolan jego, aż przyjdzie ten, do którego ono należy, i zdobędzie posłuch u narodów!
I Ks. Mojżeszowa, 49:8 – 10
Jest 10 rano, 7 czerwca 1967 roku. Spadochroniarze izraelscy z 71. batalionu szturmują od strony Góry Oliwnej i wdzierają się do Starego Miasta przez Lwią Bramę. Wciąż jeszcze można zobaczyć pogiętą blachę potężnych odrzwi, które z impetem rozbił jeden z jeepów. Wybiegają spoza kadru zdjęcia, z głębokiego cienia, przed nimi otwarta, rozświetlona porannym słońcem brama, ciemne sylwetki żołnierzy, potomkowie Machabeuszy, zelotów, powstańców Bar Kochby, armia duchów, która właśnie zmartwychwstała w pobliskiej Dolinie Jozafata. Bitwa jest krwawa, o każdy dom, najmniejszy zaułek, dowództwo zabroniło używać ciężkiej broni ze względu na miejsca święte i zabytki Starego Miasta ( tu wciąż więcej niż ludzkie życie, liczą się kamienie ). Przez Bramę Lwów wbiegają dzieci Judy, nad nimi osmalone dymem kamienne pantery, symbole rodowe sułtana Bajbarsa z dynastii Mameluków – tych, którzy przez wieki prześladowali Żydów – przed nimi otwarty i jeszcze nie zapisany nowy rozdział historii. Oto spełnia się najdłuższy sen rozproszonego narodu; podtrzymywana miłością i tęsknotą wiara niezliczonych pokoleń przybiera nareszcie wymodlony, materialny kształt, a żarliwe życzenie, jakie ostatniej, sederowej nocy i w Jom Kippur wypowiadali przez niemal dwa tysiące lat pod każdą szerokością geograficzną – L’Shanah Haba’ah B’Yerushalajim, Następnego Roku w Jeruszalajim – właśnie się spełnia.
Lwy Judy biegną pokonując słabnący opór wroga, by za chwilę przez próg Bramy Pokoleń Izraela (!) dotrzeć na Wzgórze Świątynne. Pułkownik Moti Gur nadaje przez radiostację: Wstrzymać ogień! Wzgórze Świątynne jest w naszych rękach. Wzgórze Świątynne jest nasze! Wzgórze Świątynne jest nasze! (Moti Gur, Battle for Jerusalem, New York 2002, s. 353 ). Minutę potem, pułkownik Arik Achmon wspina się na Kopułę na Skale i zawiesza na niej izraelska flagę z Gwiazdą Dawida… Po dwóch tysiącach lat wygnania – dopełniło się.
Ale to nie Wzgórze Świątynne jest ich ostatecznym celem, nie tam zatrzymują się wszyscy, mimo, że przecież tam stały pierwsza i ostatnia Świątynia Jerozolimska, a pod Kopułą na Skale skryty jest kamień stworzenia. Wszyscy biegną do miejsca, które jest symbolem przetrwania, którego Boża Obecność – Szechina nie opuściła nigdy, dlatego jest najświętszym miejscem judaizmu, do niewzruszonych kamieni wypełnionych po brzegi modlitwą i łzami, do kamieni, które żyją i nieustająco opowiadają historię wielkości, upadku, powrotu i spełnienia – pod Ścianę Płaczu, pod Zachodni Mur, pod Kotel Ha’Maaravi.
Z chwilą, gdy pojawił się z Torą główny rabin Sił Obronnych Izraela, generał Shlomo Goren, pod Kotelem rozległ się przejmujący głos szofaru…, ktoś wykrzyknął słowa 118 Psalmu „Głos radości i zwycięstwa w namiotach ludzi sprawiedliwych, prawica Pańska okazała moc” . Nawet dla tych, którzy nie byli religijni, moment ten nabierał cech wypełnienia biblijnych zapowiedzi. Szofar, barani róg mający przypominać ofiarę Izaaka złożoną przez Abrahama na kamieniu nieopodal, zwiastował ostateczne wyzwolenie i wypełnienie boskiego planu. Odtąd miał już nigdy nie zamilknąć lecz rozbrzmiewać w tym miejscu na wieki. Którzy próbowali zrozumieć, co zdarzyło się wówczas, przywoływali słowa proroka Izajasza:
Na twoich murach, Jeruzalem, postawiłem stróżów:
przez cały dzień i przez całą noc, nigdy nie umilkną.
Wy, którzy wyznajecie Pana, nie milczcie!
Przechodźcie, przechodźcie przez bramy, gotujcie drogę ludowi!
Izajasz, 62: 6, 10
Można przez Bramę Lwów przechodzić beznamiętnie. Ja nie potrafię. Od początku istnienia FKŻ, naszym godłem był i pozostanie Lew Judy. Ten sam, który widnieje w herbie Jeruszalajim. Nie menora i nie Gwiazda Dawida. Moje myślenie o świecie festiwalu jest zakorzenione w Biblii. Jestem pełen najwyższego podziwu, na jaki stać uwiedzionego pięknem Świątyni poganina, gdy spoglądam na kunsztowny gmach aszkenazyjskiej cywilizacji zbudowanej na mojej ziemi przez niezliczone pokolenia żydowskich wygnańców. Ale tak, jak i oni – w modlitwie, w tęsknocie, w cierpieniu i we „wszelkiej radości mojej” (PS. 137 ) zwracam się twarzą i całym sercem ku Jerozolimie. Tak, przynależę do tego miejsca w równym stopniu, jak przynależą do niego miliony tych, którzy tam żyli i żyją; jak arabski sprzedawca humusu, żydowski księgarz, chrześcijański tłumacz czy ormiański mnich. Urodziłem się w tych murach przed wieloma wiekami. Nie muszę być Żydem, chrześcijaninem, muzułmaninem, przypisanym do jakiejkolwiek religii, plemienia czy języka. Mam je wszystkie w sobie.
J e d n o c z e ś n i e. Ośrodkiem mojego wyznania jest serce. Ono zaś należy do Jeruszalajim.
„Gdziekolwiek idę – mawiał Rabin Nachman z Bracławia – idę zawsze do Jeruszalajim”. Więc idę. A droga, którą idę, prowadzi mnie przez bramy pokory, odrzucenia, wspólnoty, spełnienia, miłości, ciszy, spokoju… Wiem, że nie przejdę przez wszystkie 49 bram. Mimo to, chcę jeszcze zdążyć przejść przez te, które sam mogę otworzyć, zanim przepełniony trwogą i nadzieją stanę przed tą ostatnią, najpiękniejszą i zarazem najbardziej tajemniczą ze wszystkich, zamkniętą na wieki wieków – Bramą Miłosierdzia:
Zanim zamknie się brama,
zanim wszystko powiedziane będzie powiedziane,
zanim będę inny.
Zanim zakrzepnie mądra krew,
zanim zamknięte będą rzeczy w szafie,
zanim zastygnie beton.
Zanim zatkają się wszystkie otwory fletów,
zanim wyjaśnią wszystkie prawa,
zanim rozbiją naczynia.
Zanim prawo nabierze mocy,
zanim Bóg zamknie swą dłoń,
zanim odejdziemy stąd.
Jehuda Amichaj, Zanim tł. Tomasz Korzeniowski
Brama Nowa
Nie było wyjścia – trzeba ją było wykuć. Po tym, jak Francuzi wznieśli potężny gmach gościnnego domu Notre Dame, udowodnili światu ( niczego nie udowodnili ), że „górują” nad Jeruszaajim i – kto wie? – wzorem swoich poprzedników z epoki krucjat może nawet zechcą zawładnąć Jeruszalajim i całą Palestyną. W pamiętnym roku 1882 do Ziemi Izraela przybyła pierwsza, zorganizowana wycieczka bogatych „pątników” z Francji. Było ich – bagatela! – ponad tysiąc. To był okres powolnej dekadencji Imperium Osmańskiego i wyraźnej dominacji Francji, która przez wieki odgrywała rolę jedynego opiekuna pielgrzymów katolickich i miejsc świętych w mieście. Imponujących rozmachów Notre Dame ( 1884 – 1904 ) mieścił 410 pokoi. Naprawdę sądzicie, że powinni oni byli nadrabiać „kawał” drogi i snuć się aż do Bramy Jafy? O, nie. Więc Francuzi – za oczywistą zgodą sułtana Abdula Hamida II – rozebrali część murów, dokładnie naprzeciwko domu gościnnego, by maksymalnie ułatwić komunikację pomiędzy światem zewnętrznym, a miejscami świętymi ( katolickimi ) położonymi wewnątrz murów. Co w perspektywie czasu okazało się wielce przydatnym rozwiązaniem.
Przez długie lata Brama Nowa nie przyciągała jakoś szczególnie mojej uwagi. Brama, jak brama. Nie była mi po drodze, bo w zależności od miejsca w którym akurat mieszkałem, najczęściej wchodziłem Bramą Jafy, bądź Bramą Damasceńską.
Kiedyś, jeszcze w zeszłym wieku, poznałem wspaniałą postać, jednego z mistrzów ceramiki ormiańskiej, bez której oblicze Jeruszalajim byłoby naznaczone niewybaczalną plamą bez wyrazu. Poznałem go w czasie, kiedy jeszcze razem z bratem prowadzili sklep/warsztat w dzielnicy ormiańskiej, tuż przy wejściu do katedry św. Jakuba. Otworzyli go w roku 1983. Po jakimś czasie George Sandrouni i jego żona, Dorin przenieśli się pod Bramę Nową, co niewątpliwie przysporzyło tej okolicy wyjątkowego uroku. Oboje mają tyle uroku w sobie, że gdyby jedynie siedzieli na zewnątrz sklepu, pili kawę i patrzyli na ludzi, to już by wystarczyło, aby oczyścić niejednokrotnie ciężkie jak wyrok powietrze.
W chwilach jasnych, kiedy tzw. „świat” patrzy na Jerozolimę, postrzega ją przez pryzmat cudownej ceramiki ormiańskiej. Dzisiaj, jej różnorakie podróbki królują wśród chińskich i hinduskich szalików ( „silk hand made”, a jakże ) na szuku rozciągającym się wzdłuż ulic Miasta. Nie mam nic przeciwko, by je kupować, przeciwnie. Sam to robię. Znam jedno jedyne miejsce na Christian Quarter, gdzie naprawdę warto kupować z zawiązanymi oczami. W ciągu ostatnich trzydziestu czterech lat w naszym domu potłukło się zaledwie kilka talerzy i misek, a zważywszy, że używamy je codziennie, nie kupuję ich nigdzie indziej. Zawsze w tym samym miejscu – niezmiennie od tego samego człowieka, syryjskiego chrześcijanina, którego zna tu każdy. To Eli Kuz.
Jednak moim ulubionym, wybranym miejscem nieopodal Bramy Nowej, gdzie bywam otoczony prawdziwym pięknem i przyjaźnią, skąd przywożę do domu prawdziwe dzieła ormiańskiej sztuki jest sklep/warsztat George’a i Dorin Sandrouni. Zazwyczaj pod wieczór, po całym dniu spędzonym na wędrówce przez Miasto, albo na pustyni, w dolinach lub na szuku Mahane Yehuda – idę do nich. Zanim wejdę do środka, zatrzymuję się niezauważony pod murem naprzeciwko wejścia – i patrzę. Obraz tych dwojga dobrych, pięknych ludzi pochylonych nad swoją pracą w jasno oświetlonym sklepie wśród białych półek wypełnionych różnobarwną ceramiką, jest dla mnie rodzajem błogosławieństwa chwili. Obejmuję wzrokiem bogactwo ormiańskiej sztuki zgromadzonej na mniej, niż 30 metrach kwadratowych i myślę o tym, jakim cudem wystarczyło tak niewiele czasu, by tkanka Miasta przybrała kolor naprzemiennie błękitny/kobaltowy przywodzący na myśl sferę niebiańską, tak pożądaną przez ludzi, zielony w rozlicznych odmianach, tchnący bogactwem życia i uwielbieniem Natury , czerwony, bez którego się nie da wyrazić energii tego życia, czy wreszcie biały, wydobywający z nich wszystkich wszelakie niuanse, które w ogólnym podobieństwie czynią tę sztukę rozpoznawalną z imienia swego twórcy.
Dziś mało kto pamięta ( a niemal nikt nie wie ), że tablice z nazwami ulic na Starym Mieście, zostały wykonane w stylu ormiańskim ponad sto lat temu na zlecenie Wielkiego Mistrza ceramiki Davida Ohannessiana.
On sam z rodziną cudem przeżył ludobójstwo Ormian dokonane przez Turków w latach 1915-17. W zasadzie to dzięki niemu ceramika ormiańska na stałe zmieniła i wzbogaciła oblicze miasta, znanego w języku ormiańskim jako Երուսաղեմ/ Jerusaghemi. Jej siła oddziaływania na ludzkie zmysły jest potężna. Ceramika ormiańska – poza Kotelem Ha’Maaravi czyli Ścianą Zachodnią, poza Kopułą na Skale i Bazyliką Grobu jest „znakiem rozpoznawczym”, „marką”, „synonimem” Miasta, z czego ludzie – wzięci w jej władzę wszechogarniającą zmysły – najczęściej nie zdają sobie sprawy. Niemal każdy kupuje i zabiera ze sobą pamiątkę w postaci jakiejś płytki, kafelka czy małego dzbanuszka.
Ulica The New Gate, biegnąca od Bramy do ulicy Les Freres, to dziś w Starej Jerozolimie przestrzeń niemal eksterytorialna. Prowadzi wprost do części chrześcijańskiej, ale jej charakter jest, by tak rzec – wybitnie kosmopolityczny. A to za sprawą szeregu kawiarni, które przyciągają świadomych miejsca turystów, pragnących spędzić czas przy kawie, winie, czy araku, niezależnie od presji akurat tego, czy innego święta, które spowalnia bicie serca Miasta. Taki malutki, niezwykle klimatyczny wycinek jerozolimskiego Montmarte.
Zajrzyjcie tam wieczorem, powiedzmy koło 18:00. Może spotkacie zażywnego gentelmana z cygarem i butelką piwa, o spojrzeniu które zdradza zaciekawienie światem i pewność, że nic go już nie zdziwi.., siedzącego na końcu ulicy tuż pod murem przy niewielkim stoliku. To George Sandrouni. Podejdźcie i pozdrówcie go ode mnie. A potem wejdźcie do sklepu. Tam, przy obracającym się kole, na którym zapewne stać będzie surowa waza lub inne, przyszłe dzieło sztuki, siedzi z pędzelkiem w dłoni piękna kobieta, zanurza go co chwila w ciemne wnętrze kałamarza i w skupieniu nakłada na gliniane naczynie przyjazne kolory stworzenia. To Dorin Sandrouni. Obdarzy was uśmiechem i spojrzeniem, które sprawi, że poczujecie się wyróżnieni. Wówczas odłóżcie wszelkie myśli o gonitwie po Mieście, kościoły będą nadal stały tam, gdzie zawsze stoją, nie umilkną dzwony, ani śpiew muezina, zdążycie ze wszystkim, co wam przeznaczone, jesteście w świętej Jeruszalajim, nie zakłócajcie rytmu Miasta trywialnym pragnieniem, by zobaczyć wszystko, to się nigdy nie stanie, być może już nigdy tu nie powrócicie, skupcie się na tym, co teraz – zostańcie więc w ormiańskim sanktuarium piękna wolni od jakiejkolwiek konieczności. Jedyne, co teraz musicie, to wejść w przyjazne progi Bramy Nowej i zostać tak długo, aż po niewidocznej stronie murów zacznie się odradzać kolejny dzień waszego nowego życia. Jak mówi Rabbi Nachman z Bracławia – Architekt świata nigdy nie robi dwa razy tego samego. Każdy dzień jest dniem zupełnie nowego stworzenia. Weź ile się tylko da z tego, co każdy nowy dzień ma do ofiarowania.
Pamiętam o tym, ilekroć przekraczam próg Bramy Nowej.
Brama Jafy
Otwórzcie mi bramy sprawiedliwości,
wejdę tam i dzięki złożę Panu
Psalm 118;19
Każda z bram Jeruszalajim ma różne imiona. Jafa znaczy piękna. Nadmorska miejscowość Jafa jest piękna. Między Bramą Jafy, a portowym miastem Jafa jest mniej niż 60 kilometrów. Tędy prowadził szlak, który musieli pokonywać pielgrzymi zmierzający do Jerozolimy. Wyobraźcie sobie długie karawany, szereg wielbłądów objuczonych koszami pełnymi pomarańczy shamouti, grejpfrutów, bananów, daktyli, granatów, fig, migdałów, wszelkich darów ziemi nasączonej śródziemnym ciepłem, jak na tle zachodzącego za ich grzbietami słońca przechodzą powolnie przez Bramę Jafy, rozpościerając wokół zapach spoconej sierści i krwawych pomarańczy.
Oglądałem to po wielokroć siedząc nieopodal grobu domniemanych architektów, którzy z polecenia sułtana Sulejmana Wspaniałego wznieśli mury wokół miasta, po czym zostali straceni, aby – uchowaj Boże – nie powtórzyli podobnego dzieła gdzieś u innych władców. Kiedy pojawiał się w bramie już ostatni wielbłąd, chmara bosych dzieci wyłaniała się z cienia i nie zważając na wściekłe uderzenia kijem, śmiała się w twarz Arabowi rozkradając co tylko się dało im unieść w małych, wątłych rączkach.
Piękna jest Brama Jafy. Ale Brama Jafy nosi także imię – Brama Przyjaciela. To na cześć patriarchy Abrahama, ojca Żydów i Arabów, który został pochowany w Hebronie. Niedaleko, zaledwie jakieś 30 kilometrów stąd.
Kiedyś kłębiły się tu tłumy turystów ze świata. Jednak od czasów pandemii, po 7 października 2023 roku, po ubiegłorocznej i trwającej wciąż wojnie z Iranem, świat ma uzasadnione powody, aby się bać. Więc już się tu nie kłębią turyści ze świata.
W Bramie Jafy, najśpieszniej przekraczanej, zatrzymaj się chwilę i posłuchaj. Pięknie brzmi Psalm 33 wewnątrz Bramy Jafy. Najczęściej spotykam w niej młodych ludzi grających na gitarach, śpiewających głównie po angielsku. Ale kiedy mam szczęście, zbliżając się do bramy słyszę dźwięk harfy i krystaliczny głos. Wewnątrz, po prawej stronie pod niszą siedzi ubrana w białą tunikę piękna dziewczyna z harfą. Śpiewa Psalmy w języku tej ziemi i tego ludu, w języku, w którym zostały napisane, w którym ukryte jest promieniujące z każdego słowa piękno przewyższające piękno, jakie słychać w jego brzmieniu:
א רַנְּנוּ צַדִּיקִים בַּיהוָה לַיְשָׁרִים נָאוָה תְהִלָּה׃
ו בִּדְבַר יְהוָה שָׁמַיִם נַעֲשׂוּ וּבְרוּחַ פִּיו כָּל־צְבָאָם׃
ח יִירְאוּ מֵיְהוָה כָּל־הָאָרֶץ מִמֶּנּוּ יָגוּרוּ כָּל־יֹשְׁבֵי תֵבֵל׃
ט כִּי הוּא אָמַר וַיֶּהִי הוּא צִוָּה וַיַּעֲמֹד׃
י יְהוָה הֵפִיר עֲצַת גּוֹיִם הֵנִיא מַחְשְׁבוֹת עַמִּים׃
יב אַשְׁרֵי הַגּוֹי אֲשֶׁר־יְהוָה אֱלֹהָיו הָעָם בָּחַר לְנַחֲלָה לוֹ׃
כ נַפְשֵׁנוּ חִכְּתָה לַיהוָה עֶזְרֵנוּ וּמָגִנֵּנוּ הוּא׃
כא כִּי־בוֹ יִשְׂמַח לִבֵּנוּ כִּי בְשֵׁם קָדְשׁוֹ בָטָחְנוּ׃
כב יְהִי־חַסְדְּךָ יְהוָה עָלֵינוּ כַּאֲשֶׁר יִחַלְנוּ לָךְ׃
(Ps. 33)
Jedną noc pamiętam szczególnie. To było 8 października 2023 roku. Szedłem od bramy do bramy, szukając w ciemnościach choćby najmniejszej iskierki pocieszenia. Zaledwie kilka metrów od Bramy Jafy, usłyszałem, jak ktoś śpiewa wewnątrz kabalistyczną modlitwę Ana Bekoach
Akustyka bramy jest znakomita, przeto kobiecy głos brzmiał mocno, donośnie. Usiadłem na kamiennej ławie przed wejściem i słuchałem. Chciałem podziękować, więc kiedy pieśń wybrzmiewała, podniosłem się i wszedłem do środka. W Bramie nie było nikogo.
Często spotykam się z sądem, że Brama Jafy usytuowana w zachodniej części murów, szczególnie na przestrzeni ostatnich dwóch stuleci, witała i wpuszczała za próg wszelkie nowinki i osiągnięcia kultury/cywilizacji Zachodu. Naturalnie, tak było. Dla mnie wszakże, o wiele ważniejsze jest, ile kultura/cywilizacja żydowska dała i wciąż daje Zachodowi, szerzej światu nie na przestrzeni wieków – ale tysiącleci. Gdzie są bowiem dzisiaj te wszystkie cywilizacje, którym roiła się wieczna obecność? Gdzie dzisiaj są ich cywilizacje i co wciąż dają światu Kananejczycy, Babilończycy, Persowie, Grecy, Rzymianie, Bizantyjczycy, Arabowie, Krzyżowcy, Mamelucy, Osmanowie, Brytyjczycy…? Ich najświetniejszy czas przeminął bezpowrotnie. Uważny pielgrzym z łatwością odnajdzie ich „martwe” ślady w żywej tkance miasta. Jeruzalem bowiem, to nie jest „miasto – muzeum”. Tu, gdzie jeszcze wczoraj chodziły wielbłądy, dzisiaj mkną motocykle i elektryczne wózki nie bacząc na turystów zahipnotyzowanych przeszłością. Tu, gdzie jeszcze wczoraj – czyli wieki temu – arabski sprzedawca zachwalał swoje przyprawy, jego młodszy o wieki potomek w linii prostej dziś czyni dokładnie to samo.
Za nami Pesach i Wielkanoc. Na Stare Miasto Jerozolimy spadają odłamki irańskich bomb kasetowych, bez różnicy – na synagogi, kościoły i meczety. I jak zwykle „wszystkiemu winni są Żydzi”. Rzeczywiście, lista żydowskich „win” wobec świata jest nieskończona. Chodzącym wyrzutem sumienia jest postać Jezusa. Jeshua – co warto wciąż przypominać i nauczać – był/jest Żydem. Urodził się w Betlehem, zaledwie 9 kilometrów od Jeruszalajim. Z matki Żydówki. Nauczał, jak nauczało wielu innych mądrych Żydów. Wielu z nich uważało się za Mesjasza i nikogo nie raziło, że byli „synami Boga”. Wszak wszyscy jesteśmy Jego dziećmi. Jezus nie zakładał żadnej religii, broń Boże. Fundament chrześcijaństwa jest dziełem innego Żyda – rabina Szaula z Tarsu. Świat zna go jako św. Pawła. Wszyscy Ewangeliści, Maria Magdalena, Marta i Maria z Betanii, Józef z Arymatei, Łazarz, Judasz, wszyscy byli Żydami i wyznawali judaizm w jego wczesnej, świątynnej formie. I jak wszyscy Żydzi spotykali się podczas trzech „świąt Pielgrzymich” w Jerozolimie, gdzie w Świątyni składali ofiary. Jezus, jako Żyd bogobojny też tak czynił.
Tak, myślę o tym wszystkim w pięknej Bramie Jafy. Nie tylko najnowsze odkrycia archeologiczne potwierdzają że w miejscu dzisiejszej Twierdzy Dawida wznosił się okazały pałac króla Heroda, gdzie rezydowali namiestnicy rzymscy, w tym Poncjusz Piłat. Twierdza Antonia – rzekomo tam Jezus miałby być sądzony – to były zwykłe koszary wojskowe, niegodne namiestnika rzymskiego. Jeśli ta wersja jest prawdziwa ( nie pytajcie, co jest prawdą ), to dramat paschalny rozegrał się właśnie tu.
„Krew jego na nas i na dzieci nasze” ( Mt. 27;23 ). Dwa tysiące lat prześladowań, poniżania, okrucieństwa. Antysemityzmu, którego nawet ogień Holocaustu nie spopielił i wiatr nie rozwiał. Przeciwnie. „Krew jego na nas i na dzieci nasze” – kamień węgielny chrześcijańskiego antysemityzmu. Szkoda słów. Czasu. I ofiar szkoda.
Przechodzę przez Bramę Jafy, patrzę w kierunku historii Jezusa Żyda, w pamięci mam wiersz Czesława Miłosza – „Syn Arcykapłana”:
Tak, mój ojciec był arcykapłanem,
ale na próżno próbują mnie teraz przekonać,
że powinienem mego ojca potępić.
Był to mąż bogobojny i sprawiedliwy,
obrońca imienia Pańskiego.
Jego obowiązkiem było chronić imię Pańskie
przed skalaniem ustami człowieka.
Na żarliwe oczekiwania mojego ludu
odpowiadali fałszywi prorocy i zbawiciele.
Nieznany cieśla z Nazaretu nie był pierwszym,
który podawał się za Mesjasza.
Mój ojciec został wplątany w tragiczną sprawę
w której nie było wyjścia.
W wyobraźni ludowej przyjście Mesjasza
stało się równoznaczne z końcem rzymskiej okupacji.
Czy Sanhedryn mógł pozwolić na wybuch powstania,
które skończyłoby się ruiną świętego miasta?
Gdyby nawet mój ojciec chciał ratować Nazareńczyka,
ten boleśnie go zranił.
Zranił jego pobożność, której samą istotą
było przekonanie o nieskończonym dystansie
dzielącym od Stwórcy nas, śmiertelnych.
Czyż wy, uczniowie Jezusa, nie rozumiecie,
czym jest dla uszu ludzi pobożnych wasze twierdzenie,
że ten człowiek był Bogiem?
Idąc brukowaną ulicą łagodnie skręcam w prawo i wspinam się po schodach wiodących do bramy Twierdzy Dawida. Siadam u szczytu przed bramą i czytam wiersz Jehudy Amichaja – „Turyści”:
Przyjeżdżają do nas turyści żałobnicy,
siedzą w Jad Waszem, poważnieją pod Ścianą Płaczu
i śmieją się za ciężkimi zasłonami hotelowych pokoi.
Fotografują się z ważnymi zmarłymi przy grobie Racheli,
przy grobie Herzla, na wzgórzu Hatachmoszet,
płaczą nad pięknem męstwa naszej młodzieży
i pragną twardości naszych dziewcząt
i wieszają majtki,
aby szybko wyschły
w chłodnej niebieskiej łazience.
Kiedyś siedziałem na schodach przed brama twierdzy Dawida, obie
ciężkie torby postawiłem obok. Była tam grupa turystów
wokół przewodnika i służyłem im za punkt orientacyjny.
„Widzicie tego człowieka z torbami? Trochę na prawo od jego głowy jest
łuk z okresu rzymskiego. Odrobinę na prawo od jego głowy”. Ale
przesunął się! Przesunął! Powiedziałem sobie: Wyzwolenie nadejdzie, jeśli im /powiedzą:
Widzicie ten łuk z okresu rzymskiego?
Nieważne, obok niego, trochę na lewo, poniżej, siedzi
człowiek, który kupił warzywa i owoce dla swego domu.
tł. Tomasz Korzeniowski
I tak od lat. Od dwóch tysięcy lat.
Brama Syjońska
Którzy ufają w Panu są jak góra Syjon,
Nieporuszona, trwająca wiecznie
Psalm 125, 1
To najbardziej poraniona brama. Głębokie ślady po kulach wyżłobiły na jej twarzy upiorne bruzdy. Przetrwała najgorsze i jest świadectwem niezachwianej miłości Żydów do Jerozolimy. Jeśli miałbym tej Bramie przypisać któryś z Psalmów, to właśnie ten, 125-ty. Jak wokoło Jeruzalem są góry, tak Pan wokół ludu swego, teraz i na wieki.
Syjon – jedno z siedemdziesięciu imion Jerozolimy. Syjon, jedna z trzech gór, na których wznosi się Jeruszalajim. Z Syjonu rozciąga się piękny widok na Górę Moria i Górę Oliwną.
Z niewiadomych powodów inżynierowie Sulejmana Wspaniałego nie uwzględnili Góry Syjonu w planach objęcia jej pasmem murów. Przeto Brama Syjonu wiedzie ze Starego Miasta na południowy stok, gdzie swą ciężką bryłą pyszni się niemiecka Bazylika Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny.
Wiele lat temu spotkałem w Bramie Damasceńskiej pewnego pisarza z Polski. Wędrowaliśmy razem po Mieście, aż w końcu dotarliśmy do Bramy Syjonu. Była druga połowa upalnego, sierpniowego dnia. Skryliśmy się w cieniu i pozornym chłodzie wewnątrz bramy. Popatrz – powiedziałem – stoimy w samym środku symbolu Jerozolimy.. On zaś pokręcił głową i odparł: Nie, nie.., stoimy nieopodal tego symbolu. Okazało się, że dla pisarza symbolem Jeruszalajim był pobliski budynek dawnego meczetu Nebi Dawud, z którego wciąż jeszcze pnie się ku niebu nieduża, pękata wieża minaretu. Dzisiaj, w sali pod minaretem, gdzie przez wieki modlili się muzułmanie, znajduje się Wieczernik, natomiast poniżej Wieczernika sala na parterze, w której stoi sarkofag Króla Dawida. Dla mnie to jest symbol, tu się wszystko splata, bo taka właśnie jest Jerozolima. – powiedział.
Rzeczywiście, Brama Syjonu prowadzi do tego niezwykłego miejsca, gdzie – jeśli chodzi o zgodność faktów – na pewno istniał tylko meczet, miejsce jest więc autentyczne. Tego samego nie można powiedzieć ani o grobie króla Dawida, ani o Wieczerniku. Ale jakie znaczenie mają ustalenia naukowców, skoro topnieją jak śnieg w ogniu żarliwej wiary drążącej w murach własną, niepodważalną logikę dziejów? Tutaj prawdą jest niejednokrotnie to, w co chcemy i w co wierzymy.
Więc co tutaj jest prawdą? Więc cóż jest prawdą…?
Prawdą jest to, że Syjon jest krwionośnym układem żydowskiego narodu, a Jerozolima jego sercem. I że krew jest siedliskiem duszy. Nie wolno jej przelewać i nie wolno spożywać. Ona jest źródłem i symbolem trwania. Już dość wszelkich ofiar – ołtarzy, kadzidlanych dymów. Co się miało dokonać, już się dokonało. Ofiara Auschwitz przewyższa ofiarę Abrahama… Jej znakiem krew i popiół.
Żydzi są u siebie, tu jest ich dom – ziemia, stolica, Góra Moria i święty Syjon. Nie zmienią tego wyroki nienawistnych sądów, które ustanawiają obce prawa na nieswojej ziemi. Niczym są wasze dekrety, rezolucje potępień wobec trwania i przetrwania Izraela. Wobec niepewnej, ale zawsze przyszłości. W Bramie Syjonu czuję to najpełniej – ten ciężar istnienia, który wrogom każe patrzeć prosto w oczy i uprzedzać ich ruchy. Szczególnie teraz, szczególnie po 7 października 2023 roku. Jesteśmy i będziemy. Am Israel Chaj!
Jedna prawda objawia w Bramie Syjonu swoją absolutną czystość, szczególnie dzisiaj, w obliczu potęgującego się antysemityzmu na świecie, obliczonego – jak widać – na zniszczenie Państwa Izraela. Otóż naród żydowski ma historyczne prawo do ziemi Izraela i nikt mu go nie odbierze. Nigdy. Podobnie, jak naród polski ma historyczne prawo do swojej ziemi i nikt mu go nie odbierze. Nigdy.
Dlatego dla mnie to nie jest niezwykłe, że ilekroć stoję w Bramie Syjonu, myślę o hymnach Izraela i Polski. Oba hymny to swoiste Psalmy Nadziei. Nadziei spełnionej. Polacy czekali 123 lata na odzyskanie niepodległości. Żydzi czekali blisko dwa tysiące lat na powrót do swojej ojczyzny. „Mazurek Dąbrowskiego” i „Hatikva”:
Jak długo w sercu tętni krew, Jeszcze Polska nie zginęła
Dusza żydowska życiem drga, Póki my żyjemy
Czasami, gdy noc zapada nad Jeruszlajim, a nad pustynią wschodzi żółty księżyc, idę do Bramy Syjonu, opieram się o jej mur i czekam. Zdarzyło się bowiem kiedyś, że spotkałem w Bramie doktora Jehoszuę Ozjasza Thona, wybitnego syjonistę z Krakowa. Jego portret wciąż wisi na jednej ze ścian synagogi Tempel, gdzie przez ponad czterdzieści lat ( sic!) piastował urząd rabina i kaznodziei. Rabin Ozjasz Thon był żarliwym syjonistą i jednocześnie gorliwym, polskim patriotą. Przez trzy kadencje z rzędu zasiadał w polskim Sejmie. Rzecz nie do pojęcia dla współczesnych, politycznych troglodytów spod znaku gaśnicy, swastyki, sierpa i młota. Mieszkał na ulicy Jasnej/Bogusławskiego 5 pod numerem 3. Miał zatem blisko ze swojego „Wzgórza Syjonu” na ulicę Miodową – wystarczy, że przekroczył arterię Dietla, aby znaleźć się w „murach” Kazimierza.
Jak głosi legenda – a ja, w oczekiwaniu na Rabina potwierdzam ją biorąc na świadka rozgwieżdżone niebo Miasta Pokoju– kiedy staniesz w pewnym ściśle określonym miejscu synagogi Tempel, pod jednym z tamtejszych witraży, i dotkniesz czołem chłodnej ściany, wówczas usłyszysz głos, stłumiony, acz wyraźny. To głos rabina Thona, którego płomienne kazania nie tylko przeszły do historii , ale wniknęły w głąb murów świątyni i chronią ją aż do przyjścia Mesjasza.
Bóg Izraela jest Bogiem miłości. Miłość, która kieruje się Bóg w naturze, czy mogłaby być zaniedbywana przez ludzkie społeczeństwo? Jakże musiały się rozszerzyć ludzkie serca, kiedy Izrael z polecenia Boga swego zagrzmiał głosem donośnym, który dotarł do najgłębszych zakamarków duszy: „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego. ( … ) W ten sposób Izrael stał się czynnikiem, który kształtował ludzkie pokolenia pod względem moralnym, dając im te założenia, na których mogły rozwijać się dalej i rozbudować swoje współżycie. W ten sposób Izrael stał się błogosławieństwem dla ludzkości. To są słowa wypowiedziane 17 października 1896 roku.
W Bramie Syjonu czekam na Rabina Ozjasza Thona. Jeszcze mnie nigdy nie zawiódł. Pojawia się od strony grobowca króla Dawida i po kamiennej drodze zalanej księżycowym światłem, powolnym krokiem idzie w moją stronę. Już z daleka wyciąga rękę, dostrzegam uśmiech na jego twarzy i złoty odblask w szkłach okularów. Szalom, panie Makuch.., jak się pan ma?. No.., proszę opowiadać.
zdjęcie: Berthold Weber, Wikimedia Commons
Brama Gnojna
Ustanowisz sobie sędziów i strażników
we wszystkich bramach twoich.
Ks. Pwt 16;18
Miasto pozbawione murów jest nagie, pohańbione, wydane na pastwę świata. Stanowi przedmiot kpin i pogardy. Miasto w którym bramy są puste jest jak ciało bez duszy.
W 586 roku przed wspólną erą spełniła się przepowiednia Jeremiasza ( Jr. 25; 1-14 ) – wojska Nabuchodonozora II, króla Babilonii, napadły na Jerozolimę, splądrowały i zburzyły Świątynię Salomona, uprowadziły tysiące Żydów do niewoli, pozostawiając za sobą spalone, zrujnowane miasto bez murów i bram.
Dopiero po 7o latach nastąpiła zmiana na szachownicy świata i król Persji, Artakserkses I pobił króla Babilonii. Zezwolił Nehemiaszowi na powrót do zrujnowanej stolicy Judy, wyposażył go i dał przyzwolenie na odbudowanie murów, bram i samej Świątyni.
Nehemiasz odbudował mury i wzmocnił bramy w ciągu zaledwie 52 dni. Nie, nie on sam. To było dzieło całej wspólnoty żydowskiej. Całej.
W ciągu siedemdziesięciu lat na wygnaniu zmarło pokolenia Izraelitów pamiętających Świątynię. Ale kolejne powróciły: Zerubabel odbudował Świątynię. Ezdrasz przywrócił świadomość Prawa. Nehemiasz odbudował mury i naprawił bramy.
Niejeden raz – czy to o świcie, za dnia, czy w środku nocy – obchodziłem mury Jeruszalajim zatrzymując się we wszystkich, ośmiu bramach. Podążałem śladami Nehemiasza: przyjechałem nocą przez Bramę nad Doliną w kierunku Źródła Smoczego i dotarłem do Bramy Śmietnisk. ( Neh. 2; 13 )
Brama Gnojna jest dla mnie graficznym symbolem w zapisie długiej historii Narodu Żydowskiego. Myślnikiem pomiędzy źródłem Gihon, początkiem Jeruszalajim, czyli Miastem Dawida, a Górą Morja, gdzie jedynie Bóg był świadkiem bezgranicznej wiary człowieka i narodzin historii, kiedy skała ofiarowania przemieniła się w fundament religii.
Większość bram ma przemyślaną konstrukcję i bogatą ornamentykę, natomiast Gnojna ( podobnie, jak Nowa ), to zaledwie graficzna pauza w zwartym alfabecie kamieni murem okalających miasto. Tak o niej myślę, gdy wspinam się w jej kierunku od strony Doliny Cedronu. Myślnik, pauza – stoję w jej przesmyku oparty o mur i zastanawiam się, czy to nie w jej pobliżu król Dawid tańczył przed Arką Przymierza? Pewnie nie, wszak pierwotna Brama Śmietnisk była znacznie poniżej, ale – kto wie?
Brama Gnojna – położona najniżej ze wszystkich bram, pełniła na przestrzeni wieków niezbędną funkcję anus miasta. Niegdyś, niegdyś.., przez niektórych rabinów uznana za najbardziej obmierzłą (?!), regularnie wydalała wszelkie nieczystości, fekalia, zgniłe warzywa i owoce, popiół z ofiarnych zwierząt, wszystko to po to, by organizm miasta mógł pozostać nietknięty przez bród i funkcjonował z korzyścią dla wszystkich mieszkańców. Dzisiaj prowadzi przez nią droga do najświętszego miejsca judaizmu – pod HaKotel HaMa’aravi. Choć prawda jest taka, że to nie jest „najświętsze” miejsce judaizmu, ponieważ to „najświętsze” znajduje się poza Kotelem, na Har HaBayit/Wzgórzu Świątynnym, gdzie niegdyś stała Świątynia, a w niej, oddzielone grubą zasłoną od ludzkich oczu – Kodesh HaKodashim/Miejsce Najświętsze. A samo Miejsce Najświętsze zostało wzniesione na środku Skały Ofiarowania, czyli na Kamieniu Węgielnym Świata – Even ha-Szetiya, który dzisiaj nakryty jest złotą kopułą Sanktuarium na Skale. Możesz się zbliżyć do niego wchodząc przez niepozorną Bramę Gnojną, a potem – po przejściu przez punkt kontrolny – prowizorycznym, drewnianym po-mostem przez Bramę Mughrabi wprost na Wzgórze Świątynne.
Zanim dojdziesz do Muru, zanim położysz rytualnie czyste dłonie na kamieniach przymierza i zatopisz się w modlitwie, pomyśl o tej zależności bytu i odbytu, nie wstydź się siebie, za dnia przywołuj nie tylko Psalmy ale także błogosławieństwo, jakie wypowiadamy po każdym wypróżnieniu – Błogosławiony jesteś Ty Haszem, nasz Bóg, Król świata, który ukształtował człowieka mądrze i stworzył w nim liczne otwory i liczne szpary. Jest objawione i wiadome przed Tronem Twojej chwały, że jeśli jedno z nich zostałoby [niewłaściwie] otwarte lub jedno z nich zostałoby zablokowane, nie byłoby możliwe przeżyć i stać przed Tobą ani chwili. Błogosławiony jesteś Ty Haszem, który leczy wszelkie ciało i działa w cudowny sposób.
Miej świadomość, kim jesteś, ceń chwilę, w której jesteś, a przechodząc przez Bramę Gnojną pomyśl, że to nie ciało ma duszę, lecz odwrotnie – dusza ma ciało, o które powinieneś dbać równie troskliwie, jak o duszę.
I nie wywyższaj się, nie pogardzaj innymi. Dzisiaj roisz sobie, że znaczysz więcej od żebraka, który w Bramie Gnojnej pobrzękuje monetami w blaszanym kubku, ale prawda jest taka, że to ty jesteś żebrakiem, któremu nadmiar odbiera zdolność oceny tego co dobre i złe. Oceniasz świat swoją miarą, która jest funkcją twojego ego. Świat uważasz za przyjazny, by nie rzec poddany, jeśli mieści się w systemie twojej logiki, odzwierciedla stan twojej wiedzy, schlebia twojemu intelektowi. Ale twoja logika jest toporna, wiedza ulepiona z gliny, a intelekt pajęcza siecią, która tkasz nieustannie oczekując, że ktoś się w nią złapie. U schyłku życia będziesz żebrał o choćby jeden dzień, o godzinę. Więc nie czyń drugiemu, czego sam nie chciałbyś doświadczyć.
U powały Bramy Gnojnej wisi niewidzialna waga – nie unikniesz sądu.
W Bramie Gnojnej myślę o Nehemiaszu. Jak stoi przed zgromadzeniem Żydów i mówi: Chodźmy! Odbudujmy mury Jeruszalajim, abyśmy już nie byli pohańbieni. A wówczas Żydzi odpowiedzieli – Zgoda! Budujmy!
Zaś kiedy Arab Geszem drwił z ich zamiarów, Nehemiasz odpowiedział mu wprost – Tak, byliśmy i będziemy, odbudujemy życie tu, w naszej świętej Jeruszalajim, do której ty nie masz żadnego prawa i nic cię z nią nie łączy.
Brama Gnojna jest niezbędną, błogosławioną szczeliną, przez którą pada boskie światło spod Kotelu. Prowadzi od świata naszych zmysłów i codziennej krzątaniny, ku nieobjętej ludzkim umysłem sfery sacrum. Sam akt przejścia przez Bramę Gnojną traktuj jak akt oczyszczenia. Idź w pokorze i skupieniu i stań wśród modlących się. Postaraj się, chociaż na moment, zapomnij o świecie, który i tak się o ciebie upomni. Nie chodzi o „klepanie” modlitw. Komu to potrzebne? Módl się wyłącznie własnymi słowami. A choćby i samym milczeniem. Najważniejsze – jak mówi Rabbi Nachman z Bracławia – Módl się w skupieniu serca, a zobaczysz, że wszystkie bramy Nieba otworzą się przed tobą. Jest wiele świadectw mówiących o przemianach serc, niejednokrotnie twardszych, niż te świątynne kamienie.
Czyż nie to miał na myśli Jezus mówiąc o „izdebce/komorze serca”? ( Mt. 6;6 ) Modlitwa odzwierciedla istotę życia; żyjesz w społeczeństwie w rodzinie, ale swoje życie musisz przeżyć sam, niekoniecznie samotnie, podobnie, jak sam musisz odnaleźć drogę do Boga. Albo do miejsca, gdzie osiągniesz spokój i pogodzenie z samym sobą. Żadna religia cię w tym nie wyręczy. I pamiętaj, prawdziwy sens życia jest wciąż ukryty, okaże się dopiero po twojej śmierci. Bo – jak mówił pewien poeta, Dominik Opolski – świadectwem szkoły życia jest nekrolog.
O życiu i śmierci myślę w Bramie Gnojnej i przywołuję słowa Rabbiego Zusji z Annopola, jakie wypowiedział przed śmiercią: W przyszłym świecie nie zapytają mnie: „Dlaczego nie byłeś Mojżeszem?” Zapytają mnie: „Dlaczego nie byłeś Zusją?”
Brama Damasceńska
Nie zakryję przed nimi mojego oblicza,
ponieważ wylałem mojego ducha na dom izraelski
mówi Wszechmocny Pan
Ks. Ezechiela 39;29
W Jeruszalajim bardzo często nie sposób odróżnić prawdy od mitu. Dzięki fenomenalnie rozwiniętej technologii możemy dziś bacznie śledzić losy świata. Ba.., możemy być niemal wszędzie i o wszystkim mieć własną opinię. Czy oby na pewno? Przykład; już ponad cztery lata trwa wojna rozpętana przez Rosję z Ukrainą. Mamy dostęp do informacji i wciąż wiemy tyle, ile przeczytamy tu i ówdzie. Wojna z Iranem mająca trwać tyle, co obrót Ziemi wokół Słońca trwa już ponad miesiąc i wciąż nic nie wiemy.
U podstaw wszelkiej dezinformacji leży strategiczne kłamstwo. Masz uwierzyć w to, w co chcę, abyś uwierzył. Chaos informacyjny jest potężny, więc wygodniej jest przyjąć za własną podsuniętą odpowiedź, niż samemu dochodzić prawdy. Mechanizm kłamstwa działa nie dlatego, że jest tak doskonały. Działa, ponieważ w jego program wpisana jest ludzka głupota i gotowość poddania się manipulacji. Ta głupota jest nieszczęśliwie sprzęgnięta z niezachwianym poczuciem własnej wartości, co sprawia, że kłamstwo raz połknięte i na czas niewyplute rozpuszcza się w intelektualnym i etycznym ekosystemie człowieka i błyskawicznie tężeje w postać zwaną „dogmą”. Ta zaś jest już nie do ruszenia.
Mieszkam jakieś 200 metrów od Bramy Damasceńskiej, więc przechodzę przez nią codziennie. Kilka razy dziennie. Za dnia i w nocy. Z kawą w papierowym kubku siadam na rozłożystych, amfiteatralnych schodach i oglądam fascynujący film dokumentalny, który o każdej porze dnia i nocy jest wyświetlany na ekranie monumentalnej Bramy Damasceńskiej. To jest film o dziejach ludzi w tym Mieście, czyli o niekończącej się wojnie. Czasami zdarza się – choć niezwykle rzadko – że w światło projektora zaplącze się biały gołąbek i przerażony trzepocze skrzydłami. Na całe szczęście w oknie nad portalem zawsze czuwa snajper, słychać suchy trzask i po chwili wszyscy oddychamy z ulgą śledząc dalsze losy naszych bohaterów.
W 132 roku wspólnej ery, pod wodzą Bar Kochby wybuchło powstanie, krwawo stłumione przez cesarza Hadriana w roku 135. To był przełomowy, tragiczny moment w historii Jeruszalajim i Narodu Żydowskiego.
W skrócie – Jeruszalajim została niemal całkowicie zrównana z ziemią, zaś Wzgórze Świątynne zaorane. Rzymianie zbudowali całkowicie inne miasto ściśle podporządkowane własnym planom architektonicznym. Miasto z czasów II Świątyni i Jezusa praktycznie przestało istnieć. Jeżeli dzisiejszy pielgrzym/turysta sądzi, że podąża dokładnie śladami Jezusa, to jest w błędzie.
Powiadają źródła, że cesarz Hadrian był dobrym człowiekiem – inteligentnym, wykształconym, miłującym sztukę, filozofem nieskorym do podbojów, budowniczym…, słowem cesarz Hadrian był dobrym i mądrym człowiekiem. Zatem dlaczego Hadrian zburzył Jeruszalajim, dlaczego dokonał poniżającej „ceremonii orki” na Wzgórzu Świątynnym, po czym w miejscu Świątyni wzniósł pogańską świątynię poświęconą Jupiterowi Kapitolińskiemu, dlaczego wydał wyrok śmierci na każdego Żyda, który ośmieliłby się wejść w bramy miasta? I – w końcu! – dlaczego Hadrian w akcie zemsty za powstanie wymordował blisko pół miliona Żydów Judei, a pozostałych przy życiu „ukarał” wymazując słowo „Judea” , na jej miejsce wprowadził pojęcie „Palestyna” wywodzące się od śmiertelnych wrogów Izraelitów, czyli Filistynów? Czy ktoś ma jeszcze wątpliwości „dlaczego”? Żeby po Żydach choćby najmniejszy ślad, choćby wspomnienie tego śladu żeby nie pozostało na ziemi. Żeby przestali istnieć i było tak, jak gdyby nigdy nie istnieli. Żeby judaizm spłonął i zamienił się w popiół, z którego już nic nie powstanie.
Uczono mnie zawsze, że jedynie liczby nie kłamią. Zanim na ekranie szeroko rozpostartym na fasadzie Bramy Damasceńskiej pojawią się końcowe napisy, warto zapamiętać kilka liczb, tym bardziej, że pojawiają się na kilka sekund, jakby z założenia, aby nikt ich nie zapamiętał:
Obecnie, na świecie żyje ok. 8,3 miliarda ludzi. W tym ponad 2 miliardy muzułmanów, 2,3 miliarda chrześcijan, 1,17 miliarda hinduistów oraz ponad 25 milionów sikhów. I… około 15,7 milionów Żydów (sic!). Stanowi to 0,2% całej populacji świata. Statystycznie więc Żydzi stoją w obliczy egzystencjalnego zagrożenia. Szczególnie, że tzw. „świat” robi wszystko, aby ich unicestwić. Na próżno.
Dopóki istnieje „antysemityzm ludzi dobrych i łagodnych” (ci, którzy nie czytali wykładu Tadeusza Mazowieckiego z roku 1960, niech to zrobią i przemyślą), dopóty duch Hamana, Hadriana, Hitlera, Chomeiniego i innych piewców Zagłady Narodu Żydowskiego będzie się unosił bezkarnie nad bramami jednego z ostatnich bastionów wolności i demokracji – Izraelem.
Na gruzach Jeruszalajim, na wewnętrznym dziedzińcu dawnej bramy rzymskiej, która na kształt łuku triumfalnego wznosiła się na miejscu dzisiejszej Bramy Damasceńskiej – bramy, do budowy której użyto kamieni ze Świątyni Heroda – w nowo wybudowanym, rzymskim mieście Aelia Capitolina cesarz Hadrian postawił kolumnę z własnym posągiem na szczycie, górującą nad miastem na znak wiecznej i nieprzemijającej potęgi Impreium Rzymu.
Nie ma już Imperium Rzymu. Nie ma już cesarzy i ich niezliczonych bogów. Fragmenty rozbitej kolumny, podobnie, jak kamienie ze świątyni Jupitera zużyli inni „zdobywcy” Miasta, wznosząc na ruinach poprzednich nowe świątynie i kolumny. Z czasem i oni przeminęli, pozostawiając po sobie wspomnienie i ślady w kamieniu. Wielu wykształconych i „dobrych i łagodnych” szło śladami Hadriana – mordowali, gwałcili, palili żywcem, wiatr rozsiewał popiół, a na końcu sami obracali się w popiół, podczas gdy Żydzi przetrwali. Nie tylko przetrwali, ale powrócili do swojej ojczyzny, do Jeruszalajim, zjednoczyli ją i przywrócili status odwiecznej stolicy Izraela.
Pod Bramą Damasceńską myślę o tym, że nie ma najmniejszego znaczenia, co powie i jak dzisiaj i jutro zareaguje wobec Izraela tzw. „świat”, który zapewne odetchnąłby z ulgą na wieść, że Żydów już nie ma. W ostatecznym rozrachunku Izrael może liczyć wyłącznie na siebie.
Brama „świątyni wyznawców kultu martwych Żydów” stoi szeroko otwarta. Po 7 października 2023 roku wchodzą przez nią miliony ludzi „dobrych i łagodnych”. Nikt ich nie zmusza, nikt im nie grozi. Nienawiść do Żydów uświęca ich wolny wybór. Są pewni, że mają czyste sumienia.
Wstęp
Jego fundament na górach świętych.
Miłuje Pan bramy Syjonu bardziej niż wszystkie siedziby Jakuba.
(…) Wszystkie moje źródła w tobie.
Psalm 87;1-2, 7
Pod Bramą Jafy, skąd zazwyczaj rozpoczyna się zwiedzanie Starego Miasta, grupy wielojęzycznych turystów otaczają przewodników, a gdy uformują już odrębne kręgi, zaklinacz historii pewnym ruchem kręci kołem czasu, gasną światła nad miastem i rozpoczyna się kolejny seans powrotu do przeszłości. Wszystko od tej pory będzie o tym, co było. Fakty, miliony faktów nanizane na nić ludzkiego losu.. Tysiące lat historii. Symbole, archetypy, mity, opowieści z głębi ciemnych dolin, „A oto sarkofag samego króla Dawida” – ( cóż z tego, że w tym sarkofagu spoczywają szczątki jakiegoś templariusza? ) „A to grób Jezusa Chrystusa” – ( a przecież nieopodal znajduje się drugi grób tego samego Jezusa Chrystusa ). Jeruszalajim, „miasto i matka w Izraelu”, cmentarz, gdzie, jak w żadnym innym mieście świata, pokój to – „nienawidzimy ich z całego serca, ale ponieważ nadal żyjemy obok siebie, uśmiechamy się do nich serdecznie” ( zasłyszane na ulicy Cardo Maximus ). Codziennie przechodzę każdą z bram i wiem, że „to, co już było, jest teraz, a co ma być, już było”, bo czas linearny jest tu czystą fikcją, tam, po drugiej stronie bramy czas i miejsca w przestrzeni ulegają – na przemian – zgęszczeniu i rozszerzeniu, a „splątaniu” ulegają wydarzenia tworzące żywą historię miasta. Spotykam wszystkich, którzy przed wiekami tu żyli. I wciąż żyją. Nie mam na myśli, że spotykam ich w myślach, nie chodzi mi o żadną przenośnię. Spotykam ich – by tak rzec – „na żywo”, na ulicy, twarzą w twarz. Żadną miarą nie potrafię tego wytłumaczyć, tak po prostu jest. Nie próbujcie mi wmawiać żadnego „syndromu”, zamieszkajcie w tym kamiennym mieście, a przekonacie się, że mówię prawdę.
Gdy chcesz się z kimś spotkać, umawiasz się w bramie; Czy chcesz, czy nie – w bramie ocierasz się ramieniem o ramię śmiertelnego wroga, wpadasz w objęcia przyjaciół, unikasz wyroku sędziego, kradniesz pitę sprzedawcy akurat pochłoniętemu kłótnią, modlisz się, pochylasz się na żebrakiem, oddajesz hołd królowi, odkrywasz twarz osobie przeznaczonej, uskakujesz spod kół rozpędzonych wózków dostawczych i traktorów z górą śmieci miasta, wahasz się, słuchasz głosu wylękłego serca, skryty w chłodnym cieniu układasz kolejny hołd dla wieczności, co znamienne, żyjąc tu nie przywiązujesz się do dat, historii – sam jesteś historią – nie zwracasz uwagi na architekturę – jesteś jedną z bram – masz spracowane ręce, czujny wzrok, pistolet za paskiem, żyjesz tu chwilę zaledwie i nieskończenie umierasz.
Wiele z tego, co robi i co nazywa człowiek, w rzeczywistości znaczy coś zupełnie innego. Sami z własnej woli godzimy się na semantyczne kłamstwo. Mówimy „Jerozolima – miasto pokoju”, podczas gdy Jeruszalajim jest klasycznym przykładem miasta, w którym – z trudnymi do uchwycenia momentami – pokoju nigdy nie było. Mówimy tak nieświadomi lub przeciwnie – świadomi, że słowo „pokój” nie ma prawa odnosić się do rzeczywistości tu i teraz, bo ta przeczy mu z całym swoim odwiecznym okrucieństwem. Jest utopią w którą – to prawda – o wiele łatwiej uwierzyć, niż zaakceptować bolesną rzeczywistość, której spoiwem jest chciwość, nienawiść i śmierć. Jedynie człowiek zabija w imię urojonych idei i religii. Nie ma na świecie – i nigdy nie było/będzie – miasta jak to, w którym z powodu wiary w wyłączność łaski, na spłachetku kamienia mniejszym, niż jeden kilometr kwadratowy, armie bożych paladynów nieprzerwanie składają samych siebie i swoje rodziny w krwawej ofierze zbawienia.
Ale z drugiej strony rzeczywistość jest jedynym parametrem czasu, w którym żyjemy i pomimo piękna metafor przywołujących ducha czasów minionych lub ostatecznych, innej rzeczywistości nie mamy. I nie będziemy mieć.
Opisując poszczególne „bramy” niejednokrotnie sięgam do metafor, dzięki którym łatwiej zgłębić bogatą symbolikę tego słowa. Pomijam wiedzę, którą jednym kliknięciem można wydobyć z komputera. Daty, fakty, etc. – o to pytajcie CHAT GPT. Na przykład – że słowo „brama”/”sha’ar” pojawia się w Biblii 368 razy. Tam jest (prawie, prawie…) wszystko, co da się zamieść z powierzchni wydarzeń. Wybierając „bramę”, jako myśl przewodnią Festiwalu traktuję ją jako metaforę naszego festiwalowego Domu, a docelowo – dla samego siebie – przejścia pomiędzy jednym, a drugim wymiarem rzeczywistości. Między jednym, a drugim kątem pokoju. Między – zawsze pomiędzy.
Jako jeden z tych, który powołał do życia i wciąż tworzy Festiwal, mierzę się bowiem z czasem, który boleśnie mnie rani. Przez wiele lat zafascynowany byłem metaforą „mostu”. Most spotkań, most wzajemnego szacunku, zrozumienia, pojednania okazał się jednak konstrukcją nietrwałą, o zaniżonej nośności, z upływem czasu i zmianą pokoleń jego przęsła pękły, chwieje się i tylko patrzeć, jak lada chwila runie w ciemną otchłań.
Nie zmierzam w stronę nieosiągalnego. Nie widzę na „moście” nikogo, kogo chciałbym spotkać, by ponad rzeką Historii dyskutować jałowo o nieistniejącej przeszłości czy przyszłości. Wolę pozorną przypadkowość spotkań w „bramie” – spotkań pełnych czułości lub niechęci, ale zawsze prawdziwych. Te spotkania niczego nie zakładają, nie dążą do pojednania, nie realizują żadnych wzniosłych i pustych idei – one po prostu są. W całej swej spontaniczności, nieprzewidywalności i prawdzie – są. I może dopiero z nich zrodzi się coś, wartość wspólna, która metaforze „brama” nada bliskie, realne znaczenie. Nie wiem.